Motocyklowy strach… o kogoś

Piątek, więc przy piątku czas na ciężkie tematy. Jak wiecie wciąż leczę poważną kontuzję nogi, ale wbrew naturze i logice już jeżdżę motocyklem sportowym po drogach. Raz na jakiś czas nachodzą mnie „psychologiczne refleksje”. I takie też pojawiły się po jednej z dłuższych wycieczek na dwóch kółkach.

Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że w zasadzie każdy z nas chciałby mieć kogoś bliskiego, kto rozumie naszą pasję, a jeśli jeszcze ją podziela… To w ogóle rewelacja. Wszystko jednak w życiu ma swoje konsekwencje. Jeśli ktoś, kto kocha to samo co my, staje się nam bliski, a tym czymś są motocykle – automatycznie narażamy się na sporą dawkę stresu.


Mam takie „szczęście”, że tego typu odczucia towarzyszą mi nie od wczoraj. Nawet jeśli tego nie okazuje. Sama wiem jak jeżdżę, jak jeżdżą inni, ile ryzykujemy, że często brak nam zdrowego rozsądku. I ta świadomość powoduje, że zwyczajnie się martwię. Nie o siebie, a o innych. Nie jest ich wielu, wręcz bardzo mało, prawie w ogóle… Nawet nie tyle co palców jednej ręki, albo i jeszcze mniej.. Na pewno mniej. I nie chodzi o to, żeby wymieniać osoby. Każdy wie, co sam czuje, niekoniecznie muszą wiedzieć o tym inni. To już poważne tematy. W każdym razie nikomu nie życzę wypadku, każdego byłoby mi zwyczajnie i po ludzku szkoda. Ale są tacy, o których ewentualnym wypadku nawet nie mogę myśleć.


Jadę z kimś – świetnie, ale gdy z daleka widzę ruszający z podporządkowanej samochód mam ochotę zatrzymać go siłą woli. Nie jadę? Nagle w internecie pojawia się informacja o jakimś wypadku. Nerwowo sprawdzam i upewniam się, że to na pewno nie to. To samo, gdy nie wiem czy ktoś jeździ. Przy wypadku w okolicy po prostu nerwowo szukam szczegółowych informacji.


Każdy ma kogoś z kim jeździ mu się najlepiej. W tamtym roku napisałam nawet o tym krótki artykuł (całość TUTAJ). Było tam jedno zdanie, które mogę powtarzać w kółko i nie przestanie być aktualne – „właśnie przez to z innymi jeździ się „fajnie”, ale nie to nie jest TO”. Z dwóch powodów. Jeśli czujemy z kimś więź to jedzie się inaczej. I mamy do niego zaufanie. I mamy frajdę ze wspólnie spędzanego czasu. Wcale nie chodzi mi tu stricte o związki czy relacje damsko-męskie. Prawdziwa przyjaźń rządzi się w wypadku motocykli podobnymi prawami.


Ryzykujemy bardzo dużo, ale też nie potrafimy bez tego żyć. To jak odwieczna walka dobra ze złem. Nie da się wszystkiego przewidzieć, ani wszystkiemu zapobiec. Najlepiej nie myśleć, ale nie zawsze to możliwe. Trzeba po prostu z tym żyć. Jeśli jeszcze nie dopadło Cię takie uczucie, bo nikt z istotnych dla Ciebie osób nie jeździ i to Twoi bliscy się o Ciebie martwią, a nie Ty o los ludzi których kochasz – ciesz się. Choć z drugiej strony takie podejście do drugiego człowieka uświadamia nam, że ktoś jest/był/będzie ważny. Wtedy, kiedy jadąc bardziej martwisz się o cudze życie niż o swoje.

Tyle przemyśleń. Szerokości i jak najmniej wypadków wszystkim. I mimo wszystko ludzi, którzy dzielą pasję z Wami. Bez tego to wszystko ma dużo mniej sensu :)