Dwa kółka uczą pokory

Dawno nie powstał żaden wpis. Pewnie się nie martwicie, ale co tam. Wytłumaczę się. Przyczyna jest prosta – nie mam sił walczyć z bólem kręgosłupa. A żeby go minimalizować, po prostu nie siedzę. Czyli rzadko dotykam komputera. Są plusy – dużo się ruszam, dużo przebywam na świeżym powietrzu… W sumie ciągle się ruszam. Bo nie mam wyjścia :D

Wracając do motocykli… Wiecie, co mnie kręci w tej zajawce? To, że bez względu na to, czy jeździsz miesiąc, rok, dziesięć lat czy całe życie, masz się jeszcze czego nauczyć. I to, że doświadczenie wcale nie oznacza, że maszyna Cię nie sponiewiera, a Ty nie popełnisz błędu. W końcu jakiś popełnisz.

Dlatego podziwiam (szczerze) kozaków, którzy po paru sezonach uważają się za królów szos, mimo, że swoje błyszczące R1 wyciągają z garażu tylko na „szybki przelot” z kumplami, w celu przejechania na złamanie karku przez swoją ulubioną trasę. W tym sporcie tak naprawdę im więcej umiesz, tym większa masz świadomość, jak wiele nie umiesz. Paradoks, ale działa.


To, że czujesz się pewnie w tym co robisz na co dzień, na przykład w jeździe po mieście między autami, wcale nie oznacza, że czujesz motocykl. Każdemu polecam wybrać się na plac i spróbować manewrów w stylu Gymkhany. Albo stawiania maszyny na koło, ale nie na trzy sekundy i trzy centymetry. Sztuczki obnażają wszelkie słabości. Nasze.

Najbardziej bawi mnie co innego. To, jak wielu motocyklistów swój „performance” tłumaczy motocyklem. „Nie nadążam, bo mam najwolniejszą maszynę” albo „nie wychodzą mi gumy, bo to i tamto”. Tak naprawdę, na naszym amatorskim poziomie, niemal wszystko zależy od kierowcy. Nie mówię o tym, żeby kręcić najlepsze czasy na torze Poznań Banditem 600, ale wystarczy stary motocykl sportowy, żeby pozamiatać niejednego szlachcica na R1. Podobnie w stuncie – ilu chłopaków pokazuje genialny poziom na starych F2 czy F3, podczas gdy ogromna ilość maszyn stuntowych, fantastycznie przerobionych i świeżych, zarasta kurzem w garażu?


Podstawą do zrobienia jakiegokolwiek kroku w przód jest zrozumienie, że większość „problemów” tkwi w nas samych. Że motocykl nie jest niestabilny, bo jest niestabilny, tylko dlatego, że my wykonujemy dziwne ruchy, źle rozkładamy ciężar ciała, szarpiemy gazem i tak dalej. Że nie jest zbyt słaby, by wstać na koło – tylko to my wybieramy nieodpowiedni bieg, za słabo strzelamy z klamki… I tym podobne. Oczywiście podkreślam słowo WIĘKSZOŚĆ. Nie wszystko i nie zawsze tkwi po stronie kierowcy. Ale naprawdę bardzo, bardzo dużo. Zdecydowanie więcej, niż nam się początkowo wydaje.

I jeszcze jedna ważna sprawa, właściwie podsumowanie i główny sens tego wywodu – im więcej potrafimy, tym bezpieczniejsi jesteśmy. Zdolność przewidywania to jedno, a umiejętność odpowiedniego zareagowania i opanowania maszyny to drugie. Nikt i nic nie zagwarantuje nam bezwypadkowej jazdy, ale podnoszeniem własnych umiejętności możemy sobie sporo pomóc. Więc (znów) zachęcam do wybrania się na tor, czy też po prostu do treningów na jakimś placu. Sami przekonacie się, jak wiele nie umiecie… Ale każdy, nawet najmniejszy postęp, to ogromna satysfakcja :)