Z pamiętnika połamańca

Życie to życie. Najpierw coś się wydarzy, później walczymy lub wypieramy, a następnie nadchodzi czas akceptacji. Przez ostatnie dwa tygodnie byłam nieco mniej aktywna, bo adoptowałam się do sytuacji. Dla człowieka nadaktywnego „uziemienie” to stan zagrażający zdrowiu psychicznemu. Na szczęście okazało się, że wcale nie jest aż tak źle.

Mam za sobą pierwszą kontrolę w poradni. To miał być wyrok. Pacjent będzie żył – stopa mimo niestabilnego złamania (a raczej złamań) nadal trzyma się kupy, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że się utrzyma. Wszystko dzięki cudownym rękom ordynatora ortopedii we wrocławskim szpitalu przy Fieldorfa. Pan Janusz poskładał mi nogę bez operacji tak, że mało kto dziś chciał uwierzyć, że była ona tak poważnie roztrzaskana. Będę wdzięczna forever za kawał dobrej roboty i za to, że uniknęłam operacji, chociaż wszyscy ją sugerowali.  I tak jest duża szansa na to, że podczas kolejnej kontroli 8 maja wyskoczę radośnie z gipsu. To znaczy wyjdę. Wykuśtykam. Ale o własnych siłach!


A jak się żyje z nogą usztywnioną od uda w dół? Ciężko, ale z uśmiechem na twarzy. Jeśli ktoś tego nie przeżył, to nie zrozumie tych prozaicznych życiowych problemów. Mycie… Matko, jakie to jest męczące w tym zestawie. Dziękować, że powyżej gipsu mam ortezę, a nie gips do uda. Ale i tak łatwo nie jest. Poza tym, nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że człowiek chodzący o kulach jest pozbawiony rąk. Przyniesienie sobie szklanki wody to misja z bardzo wysokim stopniem trudności. Szczególnie, że po opuszczeniu nogi w dół automatycznie czuje jak wszystko na dole puchnie do niebotycznych rozmiarów niczym bańka w kolorze sinym.

Jak przetrwać? Ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Bez przyjaciół pewnie właśnie leżałabym z depresją. Dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna. Za wizyty na motocyklach (fajnie jest posłuchać relacji z szybkiego przelotu – prawie jakbym tam była!), wieczorne pikniki w bagażniku Passata i odwiedziny w domu. Nawet jeśli rozmawiamy o czterech literach to i tak rozmawiamy. W takich chwilach docenia się bliskich sobie ludzi, którzy są w stanie poświęcić dla Ciebie jedną z najcenniejszych rzeczy – własny czas. Każdy ma przecież multum własnych obowiązków dnia codziennego. A jednak są – żywi i obecni, a nie wirtualni, facebookowi. Szacun i wdzięczność, a poza tym możecie być pewni – zrobię dla was to samo albo i jeszcze więcej!


Kolejna sprawa to pasja. Właśnie szukam nowego motocykla, w końcu sprzedałam Gixxa 1000 K9 i Hondę 954RR… Czas najwyższy na nowego lytra! Możliwość powrotu w maju uskrzydla. Mam swoje dwa typy jeśli chodzi o model, więc wertuję ogłoszenia i czekam na poprawę formy. Jeszcze tylko miesiąc do zdjęcia gipsu! A póki co dużo czytam, pomagam, gdy ktoś ogarnia drobne naprawy w moim garażu i gram w Ride 2 na konsoli. Taka tam namiastka ścigaczowania.


I na koniec. Kontuzje to część tego sportu. Nikt nie tryska radością, gdy się połamie. Ale trzeba przetrwać gorsze dni z uśmiechem na twarzy, bo.. Co tak naprawdę da mi załamywanie się i narzekanie na los? Jest mi ciężko, ale to stan tymczasowy. Zrosnę się, wyleczę i wrócę. Nie ma co marudzić. Najważniejsze, by walczyć. I nie marnować tego czasu, bo nawet z życia w „uziemieniu” można wyciągnąć coś pozytywnego. Na przykład sensowne życiowe przemyślenia :)