Nie wygrałem bo się bałem

Życie podsuwa mi stale nowe tematy wpisów. Trochę zdarzeń, które miały miejsce w moim bliskim otoczeniu, trochę historii przekazywanych z ust do ust, a na końcu śmiertelny wypadek Dana Hegarty podczas wyścigów ulicznych Macau GP.  Co w ogóle łączy te absurdalnie niepowiązane ze sobą historie?

Samo życie. Społeczeństwo od okresu dzieciństwa stara się nam narzucić pewne konieczne do akceptacji schematy. Masz być grzeczny, w wieku lat X robić to, w wieku Y tamto, a do wieku Z mieć rodzinę z dwójką dzieci, mieszkanie, kombi i psa. Wtedy sprzedaj motocykl, wybij sobie z głowy szalone imprezy i uspokój się wreszcie, o ile wcześniej tego nie zrobiłeś. Na spokojnych posiadówkach chwal się sukcesami w pracy. A na co dzień możesz płakać do poduszki, to akurat jest najmniej ważne.

Dlaczego to wszystko piszę… Ano dlatego, że taki 31-letni Dan Hegarty spędził wiele lat swojego życia (jak nie większość), ścigając się na motocyklu. I to na dodatek w wyścigach ulicznych, które są grą ze śmiercią w realu, a nie na konsoli. Nie bał się tego, bo to kochał. I zginął, więc w zasadzie ma czego chciał i na co zasłużył. Automatycznie w światku i poza nim wzbudziła się dyskusja, po raz milionowy zresztą, czy takie wyścigi powinny być w ogóle legalnie organizowane, w końcu są niebezpieczne i co chwilę śmierć zbiera swoje żniwa. Znów najlepiej byłoby zaszufladkować tych wszystkich wariatów i odgórnie ich usadzić w domach, albo chociaż na względnie bezpiecznych, zamkniętych torach. Tylko dlaczego?

Trochę nas na tej ziemi żyje, konkretnie ponad 7,5 miliarda, przynajmniej w momencie pisania tego wpisu, bo jak łatwo się domyśleć liczba ta jest mocno zmienna. Każdy ma jakiś tam swój własny charakter, który w krajach biednych i przeludnionych niespecjalnie się eksponuje, bo jest zabijany w zarodku. Każdy ma się zachowywać podobnie, opcjonalnie nie ma większych szans, żeby wybić się z tłumu. Mocniej rozwinięte cywilizację mają ułatwione zadanie i teoretycznie możemy robić co chcemy. Tylko teoretycznie, bo w praktyce i tak każdy z nas jest wiecznie i bez przerwy oceniany z każdej strony. Że w tej kwestii robi źle, w tej dobrze, a powinien już robić to, a tego w ogóle nie powinien. Ma już tyle lat, że musi według norm być taki i taki. Jakieś zasady oczywiście muszą być, bo byśmy się zabijali, ale…

Każdy człowiek jest inny. Na dodatek na bieżąco kształtuje nas życie – to, co przeżyliśmy, ma wpływ na to jak myślimy i jak się zachowujemy. I ludzie wokół nas, i nasza ogólna sytuacja. I wszystko to, co nas otacza. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy identyczni. I dlatego nie ma szans, żebyśmy wszyscy szli tą samą drogą.


Człowieku, na pewno nie możesz wszystkiego. Dać sobie wmówić, że jesteś zdolny do osiągnięcia każdego celu to jak wierzyć w krasnoludki. Ale jeśli cele są trudne do osiągnięcia a względnie realne, to trzeba jest sobie stawiać i do nich dążyć. Tak samo warto robić to, co TOBIE sprawia radość, a nie Twojej matce, która żąda wnuków, nie Twoim kolegom, którzy wolą jarać blanta niż jeździć na motocyklu. Bo nie żyjesz po to, żeby życie przeżyć i przetrwać, ale po to, żeby zrobić w nim coś fajnego DLA CIEBIE. Oczywiście jeśli nie robisz przy tym krzywdy innym. A to co jara CIEBIE, wcale nie musi jarać innych.

I dlatego Dan Hegarty ścigał się w wyścigach ulicznych, chociaż pewnie mało kto to akceptował. Bo to było potężne ryzyko i zakończyło się tragicznie. Ale wiedział co robi i jakie mogą być tego konsekwencje. Zawsze można powiedzieć, że zrobił krzywdę rodzinie, bo umarł, ale to absurd – mogła go też zabić choroba, mógł się utopić albo wpaść pod koła Lambo. Zginął na motocyklu, trudno, tak wyszło. Nie rzucę, że „przynajmniej robił to co kochał”, ale obstawiam, że nie narzekał na to, jak wygląda jego życie. Szkoda, że było tak krótkie.

Do sedna. Możemy przeżyć życie tak, jak chcą tego inni i nigdy nie poczuć prawdziwego szczęścia, takiego z głębi nas, a nie takiego wmówionego i narzuconego, albo powalczyć o swoje szczęście mimo tego, że wiele osób tego nie zaakceptuje. I nie chodzi tu tylko o motocykle, chodzi o wszystko – „na końcu i na początku jest samotność”. Przez życie idziemy z ludźmi, ale umieramy sami. Dlatego siedzenie w domu i oglądanie w telewizji programów podróżniczych i marzenie o tym, by tam się znaleźć, bez podjęcia próby przeżycia tego samemu, to po prostu brak odwagi. Nie zawsze się uda, ale przy mocnej determinacji wiele rzeczy względnie niemożliwych, staje się realnymi. Do egoizmu zdecydowanie nie namawiam – bo robienie czegoś dla bliskich sobie ludzi to podstawa. I daje wiele, wiele radości. Ale życie wbrew sobie nigdy nie da nam szczęścia. Najważniejsze, to odnaleźć równowagę. I nie bać się żyć. Przede wszystkim się nie bać :)

Reklamy