„Od chojraka do kaleki” – reportaż z własnego upadku cz. 2

Druga część reportażu.. Która zupełnie nie ma sensu bez części pierwszej, więc tych, którzy nie czytali „jedynki” serdecznie zapraszam tutaj (klik). 

——————————————

Spanie z nogą w gipsie i kolanem wielkości sporej główki kapusty nie należy do najłatwiejszych. Wszystko boli, ciężko się ruszyć. Co chwilę patrzę w białą ścianę na wprost. Później próbuję się ułożyć. I tak boli. O dziwo kolano bardziej od stopy. Żeby w ogóle móc zasnąć podkładam pod nie ręcznik. Wtedy mniej łupie. Gdy przechylam nogę lekko w bok towarzyszy mi dziwne uczucie. Jakby w środku wszystko latało. Może mi się wydaje…

Udało się dotrwać do rana. Spoglądam na telefon. Dziesiątki wiadomości. (Niby to bez znaczenia, bo stanu zdrowia nie zmienia, ale to miłe. Nawet jeśli to tylko kontakt internetowy bądź telefoniczny. Kolejne dni i tygodnie pokazały, że mam w życiu na kogo liczyć. Z biegiem czasu widzę, że bycie dobrym człowiekiem, mimo wielu minusów, ma też plusy. Przyjaciół, którzy są na dobre i na złe, nie tylko w teorii i sporo życzliwych osób dookoła. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. To tak na marginesie…). Śniadanie. Obchód. Goście. Pierwszy dzień jest ponoć najgorszy, dalej z górki. Wciąż wierzę, że szybko wyjdę. W końcu po co trzymać w szpitalu połamańca. To samo można robić w domu. Egzystować. Zapowiadało się długie 6 tygodni męczarni. Wchodzi lekarz. Informuję, że zostanę około trzech dni – bo moje złamanie jest niestabilne i samo może się rozejść. I że mam mało się poruszać, najlepiej tylko do toalety. Dla mnie tragedia. Dziewczyna z łóżka obok przechodzi zabieg na łąkotkę kolana. Jęczy z bólu. Pyta, jak to możliwe, że nie przymuję żadnych (!) środków przeciwbólowych od wypadku. Nawet na noc. Odpowiadam, że wcale nie jest aż tak źle. W sumie nie cierpię z bólu – cierpię z powodu uziemienia…


Dzień drugi, to samo. Dzień trzeci. Liczę na wyjście. Ciągle jednak nie mogę wyleżeć w miejscu z bólu kolana. W końcu decyduje się zawołać lekarza i pytam, czy takie obawy są normalne przy stłuczeniu. Niby RTG nie wykazało złamań. W końcu ktoś zaszczycił mnie swoją obecnością. Powykręcał mi nogę w każdą stronę. Naderwane więzadła poboczne i zerwane krzyżowe. Raczej na pewno, ale trzeba to potwierdzić rezonansem. W oczach łzy.

Zdaje sobie sprawę z tego, że wizja sprzed kilku minut, czyli połamana stopa, była cudowna. Do tego mam jeszcze problem z cholernym kolanem. Spory. I zostanę w szpitalu na dłużej. Łapie mnie potężna frustracja. Płaczę nie z bólu, a z bezsilności. Mój stan zauważa młody lekarz prowadzący. Obiecuje, że postara się mnie szybko wcisnąć na rezonans. Żebym chociaż mogła wyjść…

Tymczasem nie zamykają się drzwi od mojej sali. Jedna osoba wychodzi, inna wchodzi. Znajomi, rodzina. Bez chwili przerwy. Dzięki nieustającemu towarzystwu czas leci mi bardzo szybko. Nie mam czasu się martwić, bo wszyscy skutecznie zmieniają temat. Albo rzucają jakieś optymistyczne przykłady z życia. Czasem nawet brak mi chwili by odpisać na wiadomości na facebooku. Pod tym względem układ idealny… Chudnę. Nawet nie dlatego, że jedzenie szpitale jest aż tak złe. To zależy od dnia i posiłku. Po prostu nie chce mi się jeść. Rodzina i znajomi starają się jak mogą. Przynoszą mi to, co lubię. Mimo wszystko lekko marnieje. Mam też świadomość, że jeśli przy braku ruchu będę bez przerwy jeść z nudów, to leczenie skończę jako piłka.

W końcu dostaje się na rezonans. Po cichu liczę, że wyniki będą tego samego dnia, opcjonalnie na porannym obchodzie. Mija wieczorny, poranny, kolejny wieczorny, kolejny poranny, kolejny wieczorny… 5 kwietnia mam urodziny, w weekend 1-2 planowałam imprezę wyjazdową. Wszystko było przygotowane. Już wiem, że nie pojadę. Ale z całego serca pragnę chociaż wyjść na weekend. I znać wyrok. Czy z kolanem jest aż tak źle? Podczas porannego obchodu tracę nadzieje i się rozklejam. Lekarz obiecuje pomóc. W godzinę załatwia mi wyniki, ortezę i wypis. Wychodzę z uśmiechem na twarzy, chociaż przypuszczenia lekarzy się potwierdziły. Kolano jest bardzo poważnie uszkodzone. Ze szpitala wyjeżdżam na wózku, ale o „własnych siłach” – sama go prowadzę. Jazdę samochodem przemilczę… Każda najmniejsza dziura to uczucie, jakby wszystkie najdrobniejsze kosteczki w stopie spacerowały sobie, każda w innym kierunku.


W końcu docieram do domu. Ledwo żyje. Świeci piękne słońce. Jest początek kwietnia, a temperatura przekracza 25 stopni. Siadam szczęśliwa na fotelu. Wreszcie wolna od szpitalnych murów. Z mętlikiem w głowie. Z bólem w ciele. Ale z radością w sercu. Teraz już musi pójść z górki… Ale towarzyszy mi grad pytań. Jak ja wytrzymam tyle tygodni? Przecież jestem strasznie aktywna. Kocham motocykle, kocham samochody, kocham działać, uprawiać sport. A tu uziemienie. Wyjście do toalety to ciężka misja. Nie mogę sobie nawet zrobić czegoś do picia, to znaczy zrobić mogę, ale przynieść do stołu już nie. O jedzeniu nie wspomnę – noga puchnie jak balon jakieś pięć sekund od opuszczenia jej w dół. Pozostaje leżeć z girą do góry. Masakra. W domu próbuję opracować metodę mycia się, by nie zamoczyć gipsu. Każda, najmniejsza czynność wykonywana z prostą nogą jest okropnie kłopotliwa. Kładę się do łóżka zmęczona bardziej niż po maratonie. Kończę dzień pierwszy w chacie myśląc, co będzie dalej. No właśnie, a co z motocyklami? Czy nadal je kocham? Kiedy i czy będę jeździć? Zasypiam…

Ciąg dalszy wkrótce.