Archiwa tagu: pasja

Bez jazdy nie ma progresu, prawdziwy czubek zdradzi się sam

Hasło oczywiste, banalne i w ogóle mało odkrywcze. A jednak. Prawdziwego pasjonata motocykli poznasz nie po tym, co ogląda na Instagramie, nie po tym, jaką ma tapetę na telefonie i wreszcie nie po tym, co pokazuje w social mediach i opowiada znajomym.

Ważne są fakty. Bardzo podoba mi się hasło, że to efekty robią hałas. A żeby były efekty, musi być praca. Mało kto dostaje coś na tym świecie za darmo. Tyle tytułem nudnego wstępu. Tak naprawdę chodzi w tym artykule o to, aby uświadomić motocyklistom, że i w tej „branży” bez treningu nie będzie efektów.

Przyjemnie ogląda się w internecie, jak ktoś genialnie jeździ, równie bezproblemowo podziwia się doświadczonych riderów na żywo. Wtedy wszystko wygląda na banalnie proste. Wyobraźnia robi swoje i kończy robotę – na pewno ja też wsiądę i za moment będę latał tak samo. Może nie tak jak Rossi, nie przesadzajmy, ale jak kolega, który przejeździł w życiu 462199 godzin więcej, na pewno.

Jestem jeszcze z pokolenia dinozaurów, które żeby się czegoś dowiedzieć na początku motocyklowej drogi, po prostu pytały lepszych. Ktoś coś pokazał, doradził, ja zrobiłam, oczywiście źle, po czym poprawiał mnie i tak w kółko. Z motocyklami jest ten problem, że nie da się nauczyć jeździć oglądając YouTube’a. Nie, żebym miała coś do tego wspaniałego serwisu, bo intensywnie korzystam. Niestety, żeby poczuć maszynę, trzeba na niej jeździć. Żeby nabyć konkretne umiejętności, trzeba je ćwiczyć. Jednym przychodzi to łatwiej, bo mają naturalny talent, innym trudniej, ale nikt nie urodził się ze skillem. Każdy musiał swoje „wyjeździć”. Jazda motocyklem ma to do siebie, że uczymy się całe życie i głupi umieramy. Oby tylko nie za szybko. Genialne w tym sporcie jest to, że zawsze można zrobić coś lepiej. Zawsze jest pole do poprawy, jest coś, czego można się nauczyć. Znów przywołam Rossiego – jest niesamowity, ale też się przewraca, też przegrywa z innymi. Ma lepsze i gorsze obszary.

Przekładając to na zwykłych, szarych Kowalskich – każdy ma mocne i słabe strony. Nie da się jednak notować progresu siedząc w domu. Nie da się poprawiać, budować pewności siebie czy więzi z maszyną bez jazdy. Można nauczyć się przemieszczania, zdać prawo jazdy i tak sobie pyrkać z celem lub bez. Nie ma najmniejszego problemu. Chcąc być dobrym, trzeba jednak poświęcić czas, pieniądze i wiele innych rzeczy, aby cokolwiek osiągnąć. Nie mam na myśli tytułu w MotoGP, tylko własne osiągnięcia.

Dlatego też jak pokorne ciele, gdy tylko mam okazję to wsiadam i jadę. Naprawdę nie robi mi, jak ktoś to nazwie, czy będzie się śmiał i cieszył razem ze mną czy też wyśmiewał i krytykował za to czy za tamto. Powód znajdzie się zawsze. Jest opcja na pitbike’a? Wskakuje w pięcioletni wyjściowy dresik z Decathlona, stare podróbki Jordanów z Chin z dziurą wygryzioną przez dźwignie zmiany biegów, zakładam archaicznego Shoeia XR1000 z urwanym mocowaniem na szybkę, bo nie mam ciuchów w teren, a czegoś nowszego mi szkoda… I mam ogromny fun z jazdy. Małymi kroczkami pnę się w górę własnych celów. Nawet, jeśli w terenie czuje się i wyglądam jak paralita, to słucham rad ogarniętych ludzi i rozwijam umiejętności. Nie wystartuje w mistrzostwach motocrossu, ale nauczę się nowych rzeczy i z bananem na twarzy wrócę do domu, notując kolejny fajny dzień w swoim życiu.

Jak jazda na pitbike’u w terenie może pomóc na asfalcie? Ano może. To, że ucieka tył, nie jest nowością. Ucieka też przód. Co chwilę. Mózg człowieka poruszającego się zazwyczaj po względnie równym asfalcie czuje się na śniegu jakby ktoś wrzucił go do pralki i włączył wirowanie. Stabilizacja ciała musi się wykazać. Kierowca uczy się pewnych odruchów, zachowań, wyrzuca z głowy panikę.

Gwiazdy MotoGP mają ogromne umiejętności i co robią? Korzystają z każdej możliwej okazji, żeby pojeździć czymkolwiek, co ma dwa kółka. Właśnie dlatego, żeby się rozwijać, nie zamykać się na jedną kategorię. Motocykl to motocykl. Każdy typ, w każdych warunkach, uczy nas czegoś nowego.

Co jest w tym najpiękniejsze? Że prawdziwy pasjonata jeździ, chce jeździć i czuje się z tym zajebiście dobrze. Motocykle potrafią być motywacją do wielu rzeczy, niekoniecznie związanych bezpośrednio z nimi. Najważniejsze, to nie tracić energii do życia. Świrowi jednoślady ją dają i to ze stuprocentową pewnością.

Nie trzeba dzielić motocyklistów na żadne grupy, podgrupy czy kategorię. Człowieka z prawdziwą, autentyczną zajawką poznasz w kilka chwil. Wracając do punktu wyjścia – nie słowa, a czyny. Nie profile na konta społecznościowych, nie chwalenie się przed znajomymi. Najważniejsze jest to, co robisz i czy czerpiesz z tego radość. A jeśli chcesz być dobry, po prostu musisz jeździć, a nie tylko o tym mówić. Nie patrząc na to, co mówią inni –  jeśli krytykują kogoś, kto się uczy i chcę się rozwijać, to świadczy tylko o nich. Piąteczka! :D