Archiwa tagu: leczenie

Rehabilitacja na motocyklu

Tytuł brzmi jak żart, ale nie! Jestem śmiertelnie poważna. Mam przyjemność rehabilitować się po dosyć poważnej kontuzji nogi – złamanie kości łódkowatej, klinowatej i podstawy II kości śródstopia stopy prawej z przemieszczeniami, wieloodłamowe złamanie kości sześciennej stopy prawej oraz naderwanie więzadeł pobocznych MCL i zerwanie ACL kolana prawego. Trochę sporo jak na jedną nogę.

„Dzięki” temu muszę się rehabilitować bardzo intensywnie i właściwie jest to chwilowo moje główne zajęcie. Rano pracuję prywatnie, u Pana Witka Rodziewicza, a wieczorem na NFZ w ośrodku rehabilitacyjnym Creator we Wrocławiu. Dwa różne miejsca, dwie różne szkoły, dwa różne podejścia. Dodatkowo spędzam sporo czasu na rowerze, żeby odbudowywać mięśnie.


Rehabilitacja sportowa to po prostu krew, pot i łzy. Ale tak ma być. Nie wiedziałam czy powinnam się przyznać, że skoro zginam już jakoś kolano i stopa daje radę znieść wystarczające obciążenie, to jeżdżę motocyklem. Ale się przyznałam. Mało tego, okazało się… Że to dobrze. Według szkoły „sportowej”.

Według szkoły państwowej, będę dochodzić do siebie jeszcze kilka miesięcy. Dobrze, że nie każą mi jeszcze chodzić o kulach. Rehabilitując się jedynie na NFZ można popaść w głęboką depresję. Tymczasem człowiek, nawet po bardzo poważnej kontuzji, jest w stanie zdziałać cuda – tylko musi mieć motywację, cel i nadzieję. Ośrodek państwowy działa zupełnie inaczej – główne hasło to „wszystko wymaga czasu”. Oczywiście, że wymaga. Nie da się pewnych rzeczy przeskoczyć. Ale dla kogoś, dla kogo pasja jest większą częścią życia, powrót do jej uprawiania to tak potężny kop energetyczny, że nie da się w łatwiejszy i przyjemniejszy sposób przyspieszyć procesu leczenia.


I tak też się stało w moim przypadku. Oczywiście jazda na motocyklu stuntowym stanowczo odpada, bo prawa noga jest wciąż bardzo słaba, nie mam pełnego zgięcia w kolanie i tak dalej. Co innego poruszanie się sportem. Pomijając mniejsze wyczucie tylnego hamulca i nieco nienaturalne składanie w prawe zakręty, jeżdżąc nie czuje, że jest coś nie tak. Moja głowa odpoczywa od problemów. To chwila zapomnienia. I wynagrodzenie tygodni trudnego dochodzenia do tego etapu. Od momentu pierwszej przejażdżki zrobiłam gigantyczny postęp. Nie wzięło się to z niczego.

Oczywiście psychika człowieka działa tak samo także w przypadku innych pasji. Do piłkarza kamieniem milowym byłoby pierwsze kopnięcie piłki, dla tenisisty pogranie na ściance, dla kolarza parę okrążeń po płaskim terenie na rowerze… I tak dalej, i tak dalej. Nie boję się krytyki tego co robię. Dla ludzi bez pasji jazda ze stopą, która jeszcze dobrze się nie zrosła, to totalna głupota. Na szczęście osoby pracujące z narwanymi duszami sportowców rozumieją ich podejście. I wiedzą, że nadludzkich postępów można dokonać tylko wtedy, gdy pcha Cię do nich nadludzka motywacja. A taką dla mnie i dla wielu innych jest po prostu pasja :)


I z tego miejsca dziękuje szczególnie dwóm Panom Rodziewiczom – Witkowi i Pawłowi, za zrozumienie mojej niespokojnej duszy i odpowiednie podejście do rehabilitacji. Bez nich aktualny etap osiągnęłabym zapewne za kilka tygodni, jak nie miesięcy. Do pełni sprawności daleka droga, ale już teraz jestem pozytywnie nakręcona do dalszej walki. Może jeszcze w tym roku uda się pojechać na tor? :)