Archiwa tagu: kontuzja

Ciesz się życiem

Wiem, wiem. Tytuł banaaaaał. Z czego tu się cieszyć. Pogoda słaba, dzień podobny do dnia, kasy wciąż za mało, a jeszcze to nie idzie, tutaj gorzej.. W sumie żadna rewelacja.

Po 6 tygodniach gipsu udało mi się wreszcie wydostać stopę na wolność. I wiecie co? To były ciężkie dni, ale nie mogę powiedzieć, że tragiczne. Wszystko dzięki ludziom, którzy byli przy mnie (i są nadal) przez cały ten trudny dla mnie czas. Ekstremalnie trudny, bo jestem wulkanem energii, a zostałam praktycznie odcięta od wszystkiego. Nie mogłam (i nie mogę nadal, niestety) prowadzić samochodu, chodzić, a w zasadzie nawet dłużej stać, bo noga bolała i puchła. Na niektórych się zawiodłam, inni za to zaskoczyli mnie bardzo pozytywnie i mam nadzieję, że z tego wielkiego nieszczęścia urodzą się relacje na całe życie. Przynajmniej z mojej strony tak będzie. Ile razy mnie odwiedzali, gotowali obiady, wyciągali z domu, pakowali do auta i wywozili do ludzi… Aż trudno mi zliczyć. Pozostaje tylko powiedzieć „dziękuję”, chociaż to zdecydowanie za mało.


Wczoraj wykonałam pierwsze kroki na nodze. O kulach, w bucie ortopedycznym, minimalnie ją obciążając. Ale wykonałam. Wiecie jakie to ma ekstremalne znaczenie? Uczę się chodzić, a czuje się jakbym się narodziła na nowo. Na co dzień wydaje nam się, że jest szaro i smutno, a funkcjonujemy normalnie. Dopiero kiedy stracimy zdrowie zauważamy, jak wiele nam ucieka. Czego nie możemy robić, a bardzo byśmy chcieli. Nagle okazuje się, że nie pójdziesz do sklepu po chleb, chociaż wcale tego nie lubisz, nie pojedziesz zatankować auta, chociaż cholernie Cię to irytuje i… Tęsknisz za tym. Za wolnością, za samodzielnością. Za sprawnością i za życiem bez bólu.


Bo życie po takiej kontuzji to życie z bólem 24/7. Jak nie jedno, to drugie. Jak nie stojąc, to leżąc. Albo siedząc. Wszystko jedno jak, to boli. A żeby zrehabilitować, musi boleć jeszcze bardziej. Ale nie ma w tym nic tragicznego. To jest tylko pewien etap do osiągnięcia celu jakim jest pełna sprawność.

Nie od dziś wiadomo, że żeby coś docenić, wystarczy to stracić. Nie życzę nikomu podobnej kontuzji, tym bardziej gorszej. Wręcz przeciwnie. Oby omijały nas wszystkich dziwne przypadki losowe. Ale najważniejszy morał z tej historyjki to uśmiech na twarzy. Nie sztuczny, tylko prawdziwy. Czasem warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć jak wiele możemy zdrowi. Jak dużo mamy możliwości. I cieszyć się z życia tak po prostu – w wersji dla motocyklistów byłby to zapewne wypad w ciepły letni wieczór, o zachodzie słońca. W idealnym dla nas tempie, kiedy jazda sprawia przyjemność i wszystko nam wychodzi. Winkle, gumy, hamowania w punkt. Zatrzymujemy się w miejscu z ładnym widokiem, z przyjaciółmi u boku, pijemy ulubiony napój (Red Bulla <3) i po prostu rozmawiamy. Właśnie tego sobie życzę. Obym nie musiała zbyt długo na to czekać :-)