Singing in the rain!

Pogoda w ostatnich dniach nie rozpieszczała kierowców jednośladów. Dodatkowo w moim życiu trwa właśnie niezwykle gorący okres, zwany roboczo „sesja”. Nie odmawiam sobie jednak przyjemności jazdy motocyklem, co to, to nie… W związku z kolokwium zaliczeniowym, które odbywało się w poniedziałek o 15:30, zaplanowałam, że pojadę na nie ścigaczem. Plan był bardzo dobry i niezwykle dopracowany – prognozy pogody nie przewidywały deszczu, a dzięki podróży Yamahą szacowany czas przejazdu na uczelnie znacząco się skrócił, co pozwalało mi uczyć się dłużej… Bo oczywiście nie zabrałam się do tego odpowiednio wcześnie, tylko dzień przed.

Wciągnięta w wir nauki (taaa…) nie zauważyłam, kiedy uciekł mi zaplanowany na edukację czas. Deadline, musiałam wyjść. Nawet biorąc pod uwagę dojazd motocyklem, pojawiło się zagrożenie spóźnieniem. W pośpiechu ubrałam się i otworzyłam garaż. Leje… Wszelkie kalkulacje nie miały sensu, bo samochodem nie miałam szans zdążyć. – Trudno, będzie sporo mycia – pomyślałam i ruszyłam w drogę. Jechało się całkiem przyjemnie, buty nie przemokły. Kurtka była jak gąbka, ale za to umieszczona pod nią podpinka nie przepuściła ani kropli deszczu. Rękawice oczywiście można było wyciskać z wody. Dotarłam na miejsce, napisałam swoje i liczyłam, że ulewa minęła. Nic z tego. Powrót odbył się dokładnie w jakich samych warunkach.

Bardzo czysty pojazd :)
Bardzo czysty pojazd :)

Muszę przyznać, że moje opony, jak na nieco zużyte potorówki, na których próżno szukać odprowadzania wody, spisały się naprawdę dobrze. Oczywiście nie jeździ się jak na suchym, ale dało się bardzo sprawnie przejechać dwukrotnie odcinek 17km, łączący mój dom z uczelnią. W takich sytuacjach żałuje jednak, że nie mam jakiegokolwiek zabezpieczenia maszyny przed wydostawaniem się wody z błotem spod tylnego koła… Wszystko leci na motocykl i na moje plecy, a ponieważ nie jechałam specjalnie wolno… Dopowiedzcie sobie sami ;)

Następnym razem pomyślę o użyciu karchera ;)
Następnym razem pomyślę o użyciu karchera ;)

Mycie też nie należało do najłatwiejszych, bo los postanowił utrudnić mi zadanie. Zepsuły się złączki przy wężu ogrodowym i żeby uzyskać jakiekolwiek ciśnienie wody, musiałam palcem naciskać na strumień. Pikanterii sytuacji dodawał fakt, że moja kochana Yoshi (pies, owczarek niemiecki, ma niecały rok) uwielbia się bawić i moczyć. Efekt był taki, że wciąż atakowała mi wąż, a nawet z rozpędu wskoczyła na motocykl. Dosłownie. Na szczęście się nie przewrócił, ale była chwila grozy ;)

Podobno w najbliższych dniach ma wreszcie nastąpić poprawa pogody. Oby, bo już mnie nosi – mam w planach wyjazd na tor w Starym Kisielinie. Sesja nie zając :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s